Liczenie jest złotem

Być może daje znać o sobie moja nerwica matematyczna? Nie wiem, czym wytłumaczę fakt, że czytając, bardzo wgapiam się w cyfry i liczby. Tak mam od dziecka w kolebce. Dlaczego ktoś (kto?) w mediach wpadł na pomysł, by podczas pandemii koronawirusa codziennie informować nas o liczbie zgonów, a wraz z pandemią zaprzestał tej praktyki? Czy osoba, która zmarła z zimna albo z flaszką w ręku, albo z powodu chorób krążenia, a zatem najczęstszego powodu śmierci w Polsce, jest jakoś gorzej policzalna niż osoba zmarła na covid?

Równie ciekawie byłoby podawać codziennie liczbę urodzeń żywych. Wtedy mielibyśmy może pełniejszy i ważniejszy obraz żywotności Polaków. Jak szybko zwijamy się z tej mapy?

Zauważyłam też, że media uwielbiają podawać, ilu brakuje w Polsce mieszkań. Od kiedy żyję, słyszę, że w Polsce jest „kryzys na rynku mieszkaniowym”. Czy lepiej było w dwudziestoleciu międzywojennym, buahahaha? Dosłownie parę dni temu portal Puls Biznesu informował, iż „w Polsce brakuje 1,5-2 miliony lokali mieszkalnych”. Pisownia oryginalna.

Odmienianie liczebników stało się niczym zbędny balast w podróży dziurawym balonem. Wyrzucamy. Dziennikarze mają problemy ze statystyką; to chyba efekt braku matematyki na maturze? Odmiana liczebników to też wiedza tajemna i wygląda na to, że łatwiej odmienić oblicze tej ziemi, niż pojąć istotę dopełniacza. Temat z Pulsu Biznesu natychmiast zaczęły podawać stacje radiowe. Ciekawy jest ten luz dziennikarski. 1,5 mln czy 2 mln mieszkań? Kto bogatemu zabroni. Niektórzy mają dziesięć mieszkań, a inni nie mają ani jednego.

Jeszcze ciekawsze było rozwinięcie tego komunikatu statystycznego. Otóż według Pulsu Biznesu sprawa jest paląca, bo ludności ma w Polsce „przybywać”. Hm. Jakoś to mi się nie zgadza ani z informacjami podawanymi przez GUS na temat dzietności w Polsce, która to dzietność w czasie pandemii nie wzrosła, a w czasie inflacji to wątpię, by obywatele planowali więcej dzieci, bo wiemy, że dzieci kosztują drożej i drożej. A to dentysta, a to korepetycje, a jeśli dziecko będzie nie w pełni sprawne, to wiemy, że renta socjalna wynosi 1250 zł. Tak, tyle wynosi… Tak Niepodległa dba o najsłabszych, ale to już inny temat.

Wracam do sprawy problemu mieszkaniówki. Na ile sprawdzona jest informacja o tym, że Polaków będzie coraz więcej? Czy prognozowanie w czasie pandemii, inflacji oraz wojny nie jest przypadkiem wróżeniem z fusów? Przy okazji pytanie do językoznawców i do Was. O jakie fusy chodzi? Kawy czy herbaty? Niedawno koleżanka Agnieszka nauczyła mnie, że kawę, która zostaje nam w ekspresie włoskim (taki zakręcany), należy wyrzucać do ogródka, pod krzaki itd., bo dobrze użyźnia glebę.

Przepraszam za dygresję, wracam do liczb. Otóż w obliczu drożyzny, zmęczenia, depresji oraz polityki migracyjnej/uchodźczej prowadzonej przez narodowców opętanych wizją Polski białej, katolickiej i zaściankowej nie pojmuję, jak ma się tutaj w Polsce pojawić nagle tylu nowych obywateli chętnych do zakupu mieszkań. Sprawa oczywiście jest wielowymiarowa, bo o jakie mieszkania chodzi? Brakuje mieszkań na najem długoterminowy. Takowe nie muszą być wcale nowe. To mogą być pustostany.

Na koniec sprawa liczb podawanych, od kiedy Rosja najechała na Ukrainę. Dlaczego media zdecydowały się na podawanie nam informacji, który to mamy dzień tej wojny? Nieśmiało i ze smutkiem przypomnę, iż wojna w Syrii trwa od 2011 r. i też „zaangażowani” są w nią m.in. Rosjanie. Nikt nie podaje, który mamy dzień mordowania narodu syryjskiego. Czy podawanie liczby dni trwającej wojny w Ukrainie ma zaznaczyć, że ta wojna jest bardziej nasza, że się nią przejmujemy, bo akurat jest bliżej i dotyczy bezpośrednio Polaków?

Czy chodzi o to, by podtrzymać zainteresowanie wojną i uniknąć „zmęczenia” tematem? Na pierwsze pytanie odpowiadamy sobie niestety „tak”. A na drugie? Nie wiem. Jeśli media uważają, że poprzez podawanie liczb budzą w czytelnikach uczucia lub motywację, to na pewno są w błędzie. Interesujące i bardziej empatyczne są zawsze historie osobiste. Kto, dlaczego i jak umarł na covid? Kto opłakuje zmarłego? Dlaczego nie udało się go uratować? W przypadku takiego „wyzwania”, jakim jest wojna, lepiej chyba nie liczyć dni, bo to prowokuje myśl, że ta sytuacja kiedyś się skończy (tego nie wiemy, bo może trwać dekadami, jak sytuacja w Palestynie), a nawet pewną niecierpliwość. No, ile jeszcze?

Uważam ten proceder podawania, który mamy dzień wojny, za jałowy. Wolałabym, by media podawały mi inne liczby. Porozmawiajmy o pieniądzach. Kto i ile zarobił na handlu bronią w tej wojnie? Czy pokazywanie tej wojny od strony sprzętów typu drony, czołgi, patrioty itd. nie jest jakąś wielką kampanią reklamową? Od kogo my kupujemy i za ile? I Ukraińcy w Polsce. Jak zmienia się z powodu tej wojny liczba mieszkańców Polski. Nasze szkoły, żłobki, ulice, miejsca pracy, nasze świątynie, nasze cmentarze, nasze uczelnie i drużyny. Ilu mamy trampkarzy z Ukrainy w drużynach piłkarskich? Ile mamy doktorantek z Ukrainy na Politechnice Warszawskiej? Wczoraj byłam u ginekologa. Pan doktor przybył z Ukrainy do Polski dziesięć lat temu. Ilu mamy już lekarzy z Ukrainy?

To są dla mnie ciekawsze i bardziej optymistyczne liczby. Wiem, że prezes JarosławPolskęzbaw opowiada, że nie ma w Polsce obozów dla uchodźców i zależy mu, by liczby uchodźców i imigrantów w Polsce pozostały przemilczane, ale chyba nie wszystkie media są już „odzyskane” niczym Woronicza? Dobierajmy w mediach liczby jak biżuterię. Ciekawie, oryginalnie, z rozmysłem. I tak też je obracajmy w rękach. Czule i z uwagą sprawdzając ich wartość i sens.